Cooltura kulturalnie i kultura coolturalnie widziane przez pryzmat komunikacji społecznej
Archiwum
Zakładki:
Blog
Design
Eter
Foto
IT
Książka
Media
O autorze
Public Relations & pochodne
Sieć
Społeczności
Ucho
RSS
piątek, 24 sierpnia 2007
Budowlany boom kulturalny

W jednym z lipcowych wydań szwajcarskiego dziennika Neue Zürcher Zeitung (przedrukowanym niedawno przez polski tygodnik Forum) znalazł się ciekawy artykuł na temat nowego sposobu promowania się hiszpańskich miast, jak i tworzenia spójnego wizerunku tego kraju z Półwyspu Iberyjskiego za granicą. Tym wyznacznikiem mają być ... budowane na gwał muzea sztuki współczesnej. Podany jest przykład miasta kastylijskiego miasta Leon - wielkości Zielonej Góry.

Stawia ono nie na tworzenie pałaców czy kościołów, ale wlasnie na nowoczesność. Jest to podyktowane trzema czynnikami. Po pierwsze we współczesnych czasach modernistyczne muzeum pełni podobną rolę w mieście, jak kiedyś katedra - jest jego najważniejszą wizytówką. Po drugie kasa hiszpańskiego ministerstwa kultury jest pełna i może przeznaczać pieniądze na takie projekty. Niestety autor tego artykułu do końca nie precyzuje, stąd państwo ma pieniądze m.in. na to, by móc powiększyć ilość etatów w muzeach o 38%. Problematyczne jest jednak samo rozdysponowanie tymi pieniędzmi w sposób równy i w miarę sprawiedliwy. Po trzecie ten pęd owczy  jest głównie związany z tym, iż każda kolejna mieścina liczy na to, że będzie miało właśnie u siebie "efekt Bilbao". Chodzi o miasto nad rzeką Nervion, które z szarego miasta przemysłowego, stało się (m.in. dzięki Muzeum Guggenheima) jednym z ulubionych miejsc dla turystów poszukujący niecodziennych kulturalnych wrażeń. Leon, Barcelona, Walencja, Malanga (miejsce urodzin Picassa), Bilbao, Teneryfa - one na tym skorzystały.

W konkluzji tego artykułu Klaus Englert pisze, że te hiszpańskie muzea są (...) spełnieniem marzeń: polityków - o nowych miejskich atrakcjach, kustoszy - o nowych wyjątkowych zbiorach, no i architektów - o spektakularnych budowlach. Wygląda na to, że Hiszpania chce być w przyszłości utożsamiana głównie z futurystycznymi galeriami sztuki i muzeami. A to poważnie zmienia jej image jako kraju znanego z ciepłego klimatu, sjesty, corridy czy tańca Flamenco. Poniżej kilka przykładów tych nowoczesnych ośrodków kultury z Leon, Bilbao, Barcelony oraz Walencji:

Muzeum w Leon

Muzeum w Bilbao

Muzeum w Barcelonie

Muzeum w Walencji

11:50, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 sierpnia 2007
Rozrywkowe miasta

Najbardziej popularnym sposobem przyciągania ludzi do konkrentego miasta, jest organizowanie zróżnicowanych wydarzeń artystycznych. Przyznać jednak należy, że najwięcej ludzi przyciągają markowe, odbywające się od wielu lat, masowe eventy. A porobiło się wiele cenionych eventów zarówno dla fanów elektroniki i muzyki klubowej, zwolenników teatru i sztuki, melomanów muzyki klasycznej i jazzowej czy też pochłaniatorów wszelkiej maści reggae'owo-dubowych lub rockowo-metalowych dźwięków. Do pierwszej grupy należą: trójmiejski Open'Er, krakowski Coke Live Music Festival, wrocławski Creamfields, płocki Audioriver oraz warszawski Warsaw Electronic Festival. Zwolennicy teatru i sztuki upodobali sobie w szczególności poznańską Maltę, Slot Art Festival w Lubiążu, trójmiejski Festiwal Szekspirowski, wrocławski Brave Festival i warszawskie Skrzyżowanie Kultur. Muzyka klasyczna i jazzowa to w szczególności Festival Chopinowski w Dusznikach Zdroju, Festiwal Moniuszkowski w Kudowie-Zdroju, wrocławski Wratislavia Cantans oraz stołeczny Warsaw Summer Jazz. Rock i metal należą do Castle Party w Bolkowie, Festiwalu w Jarocinie oraz katowickiej Metalmanii i do reaktywowanego Festiwalu Muzyki Celtyckiej w Dowspudzie na Podlasiu. Natomiast dla fanów reggae i dub liczy się kilka polskich miejscowości, w które masowo zjeżdzają się w przeważnie wakacyjno-letno-urlopowym okresie. Należą do nich Wrocław (One Love Sound), Ostróda (Ostróda Reggae Festiwal), Gorzów (Reggae Nad Wartą), Bielawa (Reggae Dub Festival) oraz Nowa Sól (Reggulator).

Warto jednak przeanalizować jeden konkretny przypadek. Z całego grona polskich miast wzięłem pod lupę miasto Cieszyn. To liczące prawie 40 tysięcy miasto jest położone na historyczym Śląsku Cieszyńskim. Podobnie jak Zgorzelec, Cieszyn leży po obu stronach granicy: polskiej i czeskiej. Sezon eventów w tym nadgranicznym mieście rozpoczyna się już w kwietniu i trwa aż do listopada. Otwiera go filmowy przegląd "Kino Na Granicy". To wydarzenie, które odbywa się co roku na przełomie kwietnia i maja, jednoczy oba Cieszyny i buduje bliskie więzi oraz owocną współpracę pomiędzy Polakami, Czekami a Słowakami. Jest to wdrażane przez prezentację niezależnych filmów (tych kultowych jak i tych najnowszych) oraz występy zespołów muzycznych z tych trzech państw. W tym roku odbyła się już dziewiąta edycja "Kina Na Granicy". Drugą eventową perełką Cieszyna jest, odbywający się na przełomie maja i czerwca, festiwal teatralny "Bez Granic". Jest to wydarzenie o osiemnastoletniej tradycji, którego głównym celem jest promowanie europejskiej wspólnoty między Polakami, Czechami, Słowakami a Węgrami. Po festiwalu "Bez Granic" w czerwcu ma miejsce celebracja założenia w 810 roku grodu nad Olzą. Na okres trzech dni "Święta Trzech Braci" polski i czeski Cieszyn stają się jednym miastem opanowanym przez kulturę (koncerty, kabarety, wystawy). Koniem promocyjnym tego miasta był festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty. Te wielkie, lipcowe święto dla fanów niebieskiego ekranu miało w tym mieście swoje cztery edycje (2002-2005). Niestety od roku 2006 odbywa się we Wrocławiu. Słyszałem opinię od wielu osób, że tym sposobem organizatorzy zniszczyli niesamowity klimat, jaki co roku tworzył Cieszyn dla tego festiwalu filmowego. Jednak trudno, by image miasta na tym za wiele stracił, gdyż to miejsce zagospodarowało dwa inne ciekawe i wielce obiecujące wydarzenia. Pierwszym z nich to festiwal Nowa Muzyka. Jest to wydarzenie dla fanów awangardowych brzmień z pogranicza hip hopu oraz muzyki elektronicznej. Pierwsza edycja "Nowej Muzyki" odbyła się w 2006 roku w Katowicach. Gwiazdami tamtej edycji byli: DJ Krush (światowej sławy japoński turntablista), Cristian Vogel (czołowy producent eksperymentalnych brzmień z pogranicza techno) oraz brytyjski duet Swayzak (od lat związani ze światowej sławy berlińską wytwórnią płytową Studio !K7). W tym roku druga edycja odbyła się w Cieszynie i jeszcze z większym rozmachem artystycznym. Podczas niej wystąpili: Amon Tobin oraz Bonobo (oboje należą do forpoczty londyńskiej wytwórni Ninja Tune), Michael Fakesh (połowa nieistniejącego już niemieckiego, eksperymentalnego duetu Funkstörung), Vex'd (londyński wschodzący duet od łączenia IDMu, breakcore'u i dubstepu) i Otto Von Schirach (amerykański spec od powalonych rytmów breakcore). Warto również dodać o zróżnicowej polskiej obsadze, zarówno tej bardziej znanej (Fisz, Emade, Envee), jak i tej mniej lub w ogóle nieznanej w kraju (The Complainer & The Complainers, C.H. District, Nemesis, I:Gor, Ślepcy). "Nowa Muzyka" sprowadziła więc do Cieszyna ludzi, którzy słuchają bardzo specyficznych i niszowych brzmień, co może być dla miasta dużym atutem i dodatkowym plusem. Zresztą jeżeli ten festiwal zadomowi się nad Olzą na dłużej, to może być poważną i konkretną przeciwwagą do popowego "Open'Era" czy bardzo klubowych "Audioriver" oraz "Creamfields". Alternatywą do wrocławskiego "Era Nowa Horyzonty" jest festiwal filmowy "Wakacyjne Kadry". To odbywający się od dwóch lat, mający miejsce zawsze w pierwszej połowie lipca, tygodniowy konkursowy przegląd polskiej twórczości kinowej (projekty fabularne i dokumentalne) i telewizyjnej (seriale). Czwartą eventową perełką Cieszyna (obok festiwalów "Kino Na Granicy", "Bez Granic" i "Nowej Muzyki") jest sierpniowy festiwal "Viva il Canto". Jego głównym celem jest prezentacja różnych form muzyki wokalnej i wokalno-instrumentalnej, udział artystów światowego formatu oraz promocja młodych, utalentowanych śpiewaków. Założenia te są w pełni realizowane co roku od ponad 15 lat. We wrześniu większych imprez kulturalnych w Cieszynie się nie ma. W tym czasie miasto przygotowuje się do swojej jesiennej ramówki. W pażdżierniku ma miejsce "Dekada Muzyki Organowej, Chóralnej i Kameralnej". Ten festiwal muzyczny ma równie długą tradycję, co "Viva il Canto". Natomiast Cieszyn w listopadzie oddaje się we władanie: cyklowi oldschoolowych koncertów "Dawna Muzyka w Cieszynie" oraz "Cieszyńskiemu Festiwalowi Jazzowemu".

Cieszyn pretenduje więc do miasta, które ma przyciągać bardziej wyrafinowaną i wymagającą publikę z zakresu filmu, teatru czy muzyki. Brak mainstreamowych eventów (oprócz ewentualnie "Wakacyjnych Kadrów) może świadczyć o tym, że to miasto nad Olzą przekazuje pałkę w organizowaniu bardziej medialnych, masowych, popkulturalnych wydarzeń większym miastom. Jednakże rozmach i różnorodność eventów, odbywających się od wiosny do późnej jesieni, mogła by zagiąc nie jedno polskie miasto większe od Cieszyna. Nawet kilka razy. O ile Europejską Stolicę Kultury roku 2016 walczą Poznań, Gdańsk, Łódź, Lublin, Toruń, Wrocław i Warszawa, czyli miasta średniej i dużej wielkości, to Cieszyn pomyśleć również nad skorzystaniem z tej szansy w przyszłości. Włodarze nad Olzą winni wziąźć pod uwagę przypadek niemieckiego Görlitz i polskie Zgorzeleca, który pokazał, że małe miasta również mocno liczą się w takich europejskich konkursach.

07:52, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2007
10 świeczek dla Big Dada

logo wytwórni

To właśnie ta brytyjska wytwórnia, uważana za jedną z najważniejszych europejskich oficyn, promujących niezależny i awangardowy hip hop, jesienią będzie obchodzić swoje dziesiąte urodziny. Warto więc spojrzeć na jej dorobek, na ludzi, którzy tworzą jej trzon oraz na to, w jaki sposób zyskała sobie akurat takie poważanie nie tylko na Starym Kontynencie, ale również w USA - kolebce ulicznych "czarnych" dźwięków. Ojcem sukcesu tej wytwórni jest niepozorny, mający obecnie 38 lat Will Ashon:

Will Ashon

Informacji o nim jest może trochę więcej aniżeli na lekarstwo. Jednakże nie doszukałem się jakiś większych wywiadów z nim. Wiadomo tyle, że pochodzi z Leicester, jest żonaty i ma dwie córki. Studiował na Uniwersytecie Oxfordzkim (znanym również jako Balliol College) na wydziale PPE - interdyscyplinarne studia z zakresu filozofii, polityki oraz ekonomi. W tym okresie poznał on przyszłą śmietankę ludzi, którzy będą rezydować w Izbie Gmin lub będą wpływowymi brytyjskimi politykami. Po studiach nigdzie nie zaznał stałego zajęcia. Najdłużej ile udało mu się przepracować w jednym miejscu (sześć miesięcy) była to ... księgarnia. W międzyczasie na przełomie lat 1993/1994 dorywczo zajął się dziennikarstwem muzycznym. Pisał dla znanych brytyjskich magazynów jak: "Trace", "Muzik", "Hip Hop Connection", "The Source" oraz "Raygun". Zajmował się również pisaniem swojej pierwszej noweli. Jednakże z braku zainteresowania jego książką ze strony wydawnictw, porzucił pisanie na kilka lat. Will był szczególnie zainspirowany sceną hip hop z Los Angeles i Nowego Jorku ze wczesnych lat 90. ubiegłego wieku. Chciał koniecznie zimportować to na grunt brytyjski, co w przyszłości okaże się strzałem w dziasiątkę. Sytuacja brytyjskiego hip hopu w pierwszej połowie lat 90. nie była zbytnio optymistyczna. Nie było przeciwwagi dla amerykańskiego hip hop'u, którego gwiazdy opanowały akurat ten segment rynku muzycznego. Brytyjskim oficynom nie zależało również na tym, aby promować rodzime talenty. Woleli sprzedawać gotowy produkt z USA, jako bezpieczny i szybki zysk, aniżeli rozwijać lokalną scenę, co jest czynnością niebezpieczną i niedochodową w krótkiej perspektywie czasu. Takich ludzi jak Will, John Peel czy Skitz (współtwórca hiphop'owej audycji "Original Fever" w radiu BBC 1xtra), czyli ludzi mediów pozytywne nastawionych do brzmień brytyjskich ulic była gastka. Do powstania Big Dady doszło po spotkaniu Ashona z Peter'em Quicke'm (managerem niezależnej, elektroniczno-downtempowej wytwórni Ninja Tune z Londynu). Po wypiciu kilku Guinness'ów doszli razem do wniosku, że potrzebna jest wytwórnia, która zajmowałaby się promowaniem hiphopowych nurtów multikulturowej i wielkomiejskiej Wielkiej Brytanii. W wizji Willa, Big Dada miała być:

- (...) domem dla tych, którzy są bardziej zainteresowani produkowaniem czegoś ciekawego aniżeli nastawieni na tworzenie mainstreamowych przebojów. (...) Zawsze mysłałem, że postawową zasadą w hip hopie jest ciągły rozwój, stałe poszukiwanie czegoś nowego. Bardziej świeższego niż wszystko inne!

Stąd też w swoim założeniu Big Dada nie miała kopiować amerykańskiego hip hopu tylko pochłonąć jego fundamentalne idee i wartości. Siedzibą tej wytwórni stało się czterotysięczne miasteczko Kennington, pod Oxfordem. Pierwsze płyty na rynku pojawiły się jesienią 1997 roku. Pierwszą z nich była EPka wschodzącej gwiazdy brytyjskiej sceny hip hop - rapera Alpha Prhyme. Za podkłady numerów "Misanthropic" był odpowiedzialny sam Luke Vibert - jedna z najważniejszych postaci (obok Aphexa Twina, duetów Coldcut i Autechre, James'a Lavelle'a, Squarepushera oraz Mike'a Paradinas'a) wyspiarskiej sceny z nowymi brzmieniami. Ta płyta pokazała, że wytwórnia Ashona jest szeroko otwarta na przenikanie różnych prądów muzycznych przez muzykę hip hop. Zero granic czy to pod względem stylu, czy też szerokości geograficznej. To doprowadziło do sukcesu Big Dada. Wystarczy wspomnieć, że to właśnie ta wytwórnia wypromowała brytyjskich (Roots Manuva, Ty, Part 2, Mike Ladd, Gamma, Lotek H-Fi), jak i amerykańskich artystów (Diplo, Clouddead, Spank Rock), którzy zdobyli wiele liczących się na świecie nagród muzycznych jak: Mercury czy MOBO. Ale hip hop to nie tylko Wielka Brytania i USA. Do rodziny Big Daddy należy również francuskie trio TTC, które dołączyło na przełomie lat 2000/ 2001. Will Ashon to nie tylko doskonały łowca talentów i niesamowity wizjoner. To również obiecujący pisarz. W połowie roku 2006 na rynku brytyjskim pojawiła się jego pierwsza książka, nad którą pracował od pięciu lat. Debiutancka, trzystustonnicowa "Clear Water" to satyra współczesnego życia. Inspiracją do jej napisania Ashon zwiął z ... własnego życia. Jest typem wiecznego podróżnika, który przemieszcza się pomiędzy swoim rodzinnym podlondyńskim Walthamstow, a miasteczkiem Kennington, gdzie mieści się wytwórnia Big Dada. Ciekawe, czy ktoś podejmie się jej spolszczenia.

Sukces tej brytyjskiej wytwórni hip hop jest również podyktowany tym, że zajął się nią odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Był dziennikarzem, więc znał to środowisko od wewnątrz. Miał również oko na rodzące się, wschodzące talenty muzyczne, które sukcesywnie wyłapywał i wykorzystywał tkwiący w nich potencjał. Wiedział, jak się zachować i w jaki sposób uderzyć do mediów. Jest również kreatorem muzycznych celebrities w postaci Roots Manuvy, Ty czy kalifornijskiego trio Clouddead. Ci ostatni dzierżą palmę pierwszeństwa na scenie instrumentalnego i abstrakcyjnego hip hopu w USA, który promują poprzez wytwórnię Anticon. Zresztą Ashon trzyma takżę rękę na pulsie jeżeli chodzi o rozwój technik porozumiewania się. Will prowadzi zarówno swojego prywatnego bloga, jak i artystycznego bloga. Ma on również konto na popularnym serwisie społecznościowym Myspace.

01:24, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2007
Marki w Transformersach

W ubiegły piątek miałem przyjemność być na polskiej premierze filmu "Transformers", która nastąpiła dwa tygodnie po światowej. Film trwający ponad dwie godziny to połączenie elementów z różnych gatunków. Jest po trochu z romantic story, kiedy to Sam "żegna się" z Mikaelą chcą ratować Kość. Choć nie było wyraźnego punktu przełomowego takich filmów, a mianowicie symbolicznego pocałunku pomiędzy tą parą amerykańskich nastolatków. Jak to w przypadku wojenno-technologicznych tworów nie mogło zabraknąć również patriotyczno-nacjonalistycznej propagandy, która jest bardzo charakterystyczna dla produkcji zza oceanu. "Transformers" zawiera również wątki polityczno-filozoficzne. Pierwszy raz ujawniają się one w rozmowie pomiędzy Optimus'em Prime'm a Ironhide'm. Nastąpiło to po scenie, kiedy Sam i Mikaela poznali cały zespół dobrych robotów. Ironhide pyta się swojego szefa, czemu bronią oni ludzi, którzy sami siebie nie szanują. Lider Autobotów odpowiada mu, że ludzkość to jeszcze bardzo młoda rasa, która kiedy dużo się nauczy, to dorośnie. Drugim wyraźnym momentem jest walka pomiędzy liderami obu grup robotów. Megatron w bitwie z Optimus'em Pride mówi mu, że ludzkość nie ma prawa żyć. Natomiast lider Autobotów odpowiada mu, że mają oni prawo wybrać, jak chcą żyć. W tym momencie wyraźnie słychać nutę liberalnych, amerykańskich poglądów na temat autonomii jednostki. I tak najważniejszym modułem całego filmu jest kreskówkowy klimat, czyli bohaterowie - roboty. Przyznam się bez bicia, że "Transformersi" zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Niebotyczne efekty specjalne, które zagną nawet największego speca od digitalnych projektów. Słyszałem takie opinie, że jest to film dla nastolatków. Jakoś na premierze zbytnio nie zauważyłem, by reprezentacja ludzi w wieku 12-16 lat nie przeważała na widowni. Jest to film zarówno dla tych, którzy są gimnalistami i licealistami, jak i dla tych, którzy byli w ich wieku kilka lub kilkanaście lat temu.

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak ... totalne ometkowanie "Transformersów". O to przykłady product placement w tym filmie. Szczególnie dla fanów czterech dużych kółek. Pojawiają się one zarówno po stronie dobrych jak i złych robotów. Najpierw więc idą pod młotek Autoboty.

Pontiac Solstice

To jego użyto w filmie dla ziomala Jazza - prawej ręki Optimusa Prime'a. Niestety ginie on w decydującej walce Decepticonami będąc wręcz rozerwany na kawałki przez Megatrona.

Samochód Sama przed transformacją

W "Transformes" występują dwa rodzaje Chevroleta Camaro z dwóch różnych epok. Pierwszy z roku 1976 kupuje Samowi jego ojciec na giełdzie samochodowej. To między innymi dzięki niemu ten nastolatek poznaje piękną ciemnowłosą Mikaelę. Drugi model, używany gdzieś od połowy filmu (zmienia się nie do poznania po komentarzu koleżanki Sama, że ten samochód jest stary), to odmłodzony Camaro, który wejdzie na rynek w roku 2009. W obu wypadkach za tym żółtym Chervroletem stoi Autobot Bumblebee - przyszły, prawdopodobnie najwierniejszy przyjaciel Sama.

Marka amerykańskich samochodów terenowych mało znana w Europie

Rasowy egzemplarz ze stajni GMC w trochę innym wydaniu

Dwa powyższe zdjęcia to również produkt firmy Chevrolet. "Kodak" to samochód Ironhide - speca od broni w obozie Optimusa Prime'a.

Obrońcy ludzkości z Marsa w pełnym szyku bojowym

Pierwszy z lewej to ciężarówka amerykańskiej firmy Peterbilt, która działa na rynku motoryzacyjnym z lekkimi przerwami od prawie 70 lat. To z niej przekształca się szef dobrych robotów - Autobotów, Optimus Prime.

produkt firmy Hummer z Transformersów

Ostatnim samochodem ze strony dobrych robotów jest model ze stajni General Motors. Hummer H2 to pierwotnie Ratchet - druga, tym razem medyczna ręka Optimus'a Prime'a. To on w jednej ze scen mówi o podwyższonym poziomie feromonów u Sama, który pokazuje, że miałby on ochotę na numerek z Mikaelą.

Po stronie Decepticonów jest równie ciekawie. Niestety już bez zdjęć, gdyż producent filmu nie postarał się o nie. Megatronowi nie przyporządkowano żadnego konkretnego brandu, więc jego pominę. Jego prawa ręka - Starscream przekształca się w samolot F-22 Raptor firmy Lockheed Martin. Pierwszym Decepticonem w "Transformersach", który atakuje Sama, jest Barricade. To on zamienia się w ultranowoczesny czarny samochód policyjny Saleen 5281 ze stajni Mustang, który na potrzeby produkcji został specjalnie podrasowany. Niestety nic więcej niewiadomo o tym modelu. Kolejny w kolejce jest Frenzy. Ten mały robot to szpieg i haker komputerowy ekipy Megatrona, który transformuje się z charakterystycznego ulicznego Boomboxa, czyli taki soundsystemowy odpowiednik walkmana. Bonecrusher to charakterystyczny wóz o piaskowym kolorze z wyciągnikiem. A tak naprawdę to Buffalo H firmy Force Protection Inc., który stworzony jest do rozbrajania min i przenoszenia niebezpiecznych materiałów wybuchowych. Jednym z robotów, który pojawia się jako pierwszy w "Transformersach" jest zły Blackout. Przybiera on postać helikoptera MH53 Pave Low III ze stajni Sikorsky Aircraft. To on niszczy amerykańską bazę w Katarze. Ostatnim ometkowanym robotem z grupy Megatrona jest Brawl. W filmie pojawia się bardzo sporadycznie. Jest on aktywny podczas ostatecznej walki pomiędzy Autobotami a Decepticonami i przybiera postać czołgu M1 Abrams firmy Chrysler Defense (militarnego brata osobowego Chryslera).

Natomiast pozamotoryzacyjnymi przykładami product placement w filmie "Transformers" są chociażby: internetowy portal aukcyjny eBay (na którym główny bohater Sam wystawił okulary swojego praprzodka, które mają wskazać robotą miejsce usytuowania tajemniczej Kości) oraz telefon komórkowy Nokia N93i (eksperyment w laboratorium tajnej amerykańskiej agencji rządowej o kryptonimie Section 7).

Ciekawą konkluzję na temat product placement w tym filmie napisał Richard Corlis w swoim artykule dla Time'a.

A tak na koniec najciekawsze moim zdaniem screeny pokazujące:

- Bumblebee czyli samochód Sama:

Pan Samochodzik czyli bryka Sama po transformacji

- Najważniejszy rycerz-obrońca ludzi, Optimus Prime:

Optimus Prime

Optimus Prime gotowy do walki

Przywódca Autobotów (dobrych robotów) przed główną walką z Megatronem - szefem Decepticonów (złych robotów)

A na sam koniec pewna zagadka. Czym szczególnym różnią się dwa poniższe obrazki?

Lotniskowiec z Transformersów

Lotniskowiec z Pearl Harbor

Dodam, że oba zdjęcia pochodzą z dwóch różnych filmów Michaela Baya. Pierwszy z nich to obraz z "Transformersów", a drugi z "Pearl Harbor". Autor filmowego bloga Slashfilm zadał pytanie temu reżyserowi, czy czasem Michael Bay nie przerobił materiału filmowego z "Peal Harbor" i wykorzystał go w "Transformersach"?

A tak pół żartem i pół serio znalazłem filmik, na którym widać, jak Transformersy przyczyniają się do walki z bardzo groźną chorobą.

14:06, relaz.pl
Link Komentarze (6) »
Moda na wizerunek?

Vortal InternetPR.pl, niedawno podał, powołując się na informacje z "Rzeczpospolitej", że pełno firm - pracodawców szuka na gwałt speców od wizerunku, komunikacji społecznej, budownia marki lub jak kto woli zarządzania komunikacją. Ciekawe jest jedno spostrzeżenie, które przeczy logice. Firmy zatrudniają pijarowców w okresie dobrej koniuktury, a w okresie korekty - są pierwszymi pracownikami, których się zwalnia. A przecież podstawową zasadą w polityce komunikacyjnej jest jego spójność i ciągłość.

To nielogiczne działanie jest spowodowane dwoma przyczynami. Po pierwsze nikt do końca nie stworzył konkretnych narzędzi do mierzenia efektywności całokształtu działań pijarowskich. Istnieje np. monitoring mediów w przypadku zbadania miedialności projektu. Często jest to utożsamiane ze zwrostem sprzedaży konkretnego produktu, np. większe zainteresowanie ludzi przedstawieniami teatralnymi czy zwyżkująca frekwencja na imprezach klubowych połączona z większą sprzedażą alkoholu. Jest to związane z utożsamianiem Public Relations z marketingiem; z wręcz ze stwierdzeniem, że to pierwsze jest częścią - narzędziem tego drugiego. Po drugie to właśnie przy dekoniukturze spece od komunikacji społecznej są najbardziej potrzebni. Mówi się, że działania pijarowskie są dziesięciokrotnie tańsze od reklamy i sto razy efektywniejsze od niej. Stąd też przy redukcji kosztów należało by to wziąźć poważnie pod uwagę. Zresztą nic tak dobrze nie wpływa na przetrwanie ciężkich chwil, jak zbudowanie wokół siebie aury wiarygodności, transparentności i rzetelności. Nawet instytucje kulturalne typu teatr, który np. prowadził przez kilka lat politykę komunikacyjną, polegająca m.in. na prowadzeniu bezpłatnych warsztatów teatralnych dla dzieci, może być pewien, że w okresie recesji może liczyć na całe rodziny. Posiadanie przez instytucję komunikatora internetowego oraz prowadzenie żywych dyskusji na forum internetowym strony www wyżej wspomnianego podmiotu, może sprawić, iż wyjdzie ona obronną ręką. Warto wiec zawsze posiłkować się gruntową wiedzą aniżeli okresowymi i niestałymi trendami. PR to strategia i nie odcinek, który ma swój początek i koniec.

Ciekawą przezentację na temat Public Relations w kulturze przedstawiła Urszula Podraza. Jej Public Relations w instytucjach kultury to 23 stron na temat wykorzystania niektórych narzędzi pijarowskich w bardziej lub mniej znanych miejscach krzewiących wyższe, intelektualno-duchowe wartości. Już na trzeciej stronie pojawia się ciekawy tekst - badanie socjologiczne na temat wykorzystania pijarowskiego instrumentarium w poszczególnych branżach. Kultura i rozrywka wypada na tym tle bardzo blado. Jest obok edukacji, turystyki i projektów unijnych najbardziej zaniedbaną gałęzią jeżeli chodzi o Public Relations. Dwie kartki dalej autorka przedstawia przyczyny takiego stanu w kulturze. Warto wymienić chociażby niską świadomość istnienia takiego czegoś jak pijar (lub błędnego utożsamiania z promocją, reklamą, formą dziennikarstwa czy propagandą), brak kadr (a jeżeli są to są bardzo słabo opłacane), złe nawyki (o tym opowiem w jednym z kolejnych wpisów na przykładzie wysyłania emailów czy newsletterów przez niektóre instytucje), nieufność wobec nowych propozycji (szczególnie w instytucjach publicznych, gdzie stanowiska są często rozdawane według klucza partyjnego). Na następnej, szóstej strone Urszula Podraza przedstawia analizę poszczególnego instrumentarium Public Retions używaną przez instytucje kulturze. I tak najbardziej popularnym pijarowskim modułem jest media relations. Ważne dla tych instytucji są również eventy i budowanie strategii komunikacyjnej oraz szkolenia. Tym dwóm ostatnim elementom przeczą jednak wyniki z innych narzędzi pijarowskich, o których autorka pisze na następnych stronach. Instytucje najczęściej uprawiają politykę informacyjną na szkodę konkurencji, nie są skore do zlecania badań socjologicznych oraz nie dbają o komunikację wewnętrzną. A wiadomo, że fundamentem budowania strategii komunikacyjnych jest przeprowadzanie wstępnych badań rynku oraz wystrzeganie się nieetycznych metod walki z konkurecją np. uprawianie rzucania nieprzychylnych opinii. Przy analizie konkretnych przypadków, autorka skupiła się głównie na media relations (press release'y, patronaty, monitoring mediów), Internet PR (newslettery, blogi, interaktywna strona www, forum, grupy dyskusyjne, kanał RSS), event relations. Na dwudziestej stronie autorka pisze o tym, co zaprzecza badaniom ze strony szóstej. Opisuje siedem najważniejszych grzechów używania PRu w kulturze. Wymienia tam (obok słusznie zauważonego problemu utożsamiania pijaru wyłącznie ze współpracą z mediami, częstego braku dostosowanai się do grupy docelonej oraz prowincjonalności w działaniu) brak działań komunikacyjnych skierowanych w stosunku do pracowników. A więc instytucje szkolą i pozwalają się rozwijać swoim pracownikom czy też nie?

Ostatnia strona "Public relations w instytucjach kultury" to konkluzja nastawiona na przyszłość PRu w gałęzi gospodarki, jaką niewątpliwie jest kultura. Jest ona podzielona na dwie części: obawy i nadzieje. Do pierwszej kategorii zaliczają się takie sprawy jak: duża konkurencja, tabloityzacja i upadek mediów regionalnych, niskie wynagrodzenia dla fachowców, limit funduszy oraz sprawy związane z relacjami między pracownikami. Pierwszy argument można z góry obalić, gdyż po pierwsze galerii, teatrów czy klubów nie powstaje w danym mieście więcej aniżeli kilkanaście (dotyczy to miast średniej wielkości). Po drugie to sam rynek oceni, które podmioty przetrwają. A będą nimi te, które będą umiały dostosować się do współczesnych realiów, w tym również do zajęcia się sprawami związanymi z budowaniem wiarygodnej i rzetelnej strategii komunikacyjnej. Brukowizacja i zniknięcie mediów regionalnych to również mrzonki. Świadczy przykład digitalizacji środków przekazu. Wszystko jest pochłaniane przez Internet (np. stworzenie przez telewizje sieciowych odpowiedników ich serwisów informacyjnych). Powstają również regionalne media, które łączą tradycyjną prasę, digitalizację mediów wraz z rozwojem serwisów opartych o technologię web 2.0. Wystarczy w tym miejscu podać przykład tygodnika z zachodniopomorskiego. Moje Miasto Szczecin to bezpłatny tygodnik, który posiada rozbudowany serwis, na którym użytkownicy mogą pisać swoje blogi. A często treść zawarta na łamach tych internetowych dzienniczków poszczególnych użytkowników jest następne używana przez redakcję do stworzenia materiału na dany regionalny, wręcz dzielnicowy temat. To przykład, jak wręcz idealnie media regionalizują się. Zresztą zagrożeniem dla mass mediów jest web 2.0. Pisze o tym zarówno Gazeta.pl, Proto, redaktorzy tradycyjnych mediów oraz blogi: Media Cafe Polska oraz Piąta Władza. Natomiast do nadziei Urszula Podraza kataloguje: zwiększenie świadomości z czym się pijar je, rozwój agencji PRowskich nastawionych na ten segment, fundusze pomocowe (w domyśle zapewne unijne, które pozwolą na budowanie strategii komunikacyjnej z lekkim "rozmachem") oraz kształcenie się kadr ukierunkowanych na obsługę takich podmiotów i instytucji. Lekki niedosyt tej prezentacji zostawia po sobie brak omówienia lub zaakcentowana spraw związanych z klubami (głównie pod względem clubbingowo-koncertowym), wpływem celebrities oraz wykorzystania serwisów web 2.0 (szczególnie te ukierunkowane na filmy czy zdjęcia typu YouTube, wrzuta.pl czy Flickr.com).

00:15, relaz.pl
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 sierpnia 2007
Trójwymiarowe publicity

Często spotykam się na różnych forach internetowych czy grupach dyskusyjnych dotyczących Public Relations pytania czy też próśb o wskazówki na temat, w jaki sposób zainteresować media podmiotem, który aktualnie się reprezentuje. Jest rzeczą oczywistą, że standardowe press release'y odnośnie firmy się nie sprawdzą. Są dobre w komunikacji wewnętrznej danego podmiotu lub na portale biznesowe (jeżeli akurat są to informacje giełdowe lub segmentu rynku, w którym dana firma się odróżnia), ale nie w przypadku mediów telewizyjnych. One lubują się w rozrywkowej informacji (infotainment), bo tylko taka informacja jest do "sprzedaży" audytorium. Stąd też trzeba zawsze powziąć nietypowe kroki.

Akurat tak się składa, że zobaczyłem relację z najnowszego eventu Red Bulla w Krakowie i przyszło mi do głowy, że warto go podać jako wzorcowy przykład media relations sportowo-kulturalnego wydarzenia. Choć dochodzą do mnie głosy, że pomysł na połączenie wyścigów łodzi motorowej, samolotu i bolidu Formuły 1 nie jest niczym oryginalnym, bo podobne wydarzenie organizowała Honda. Jednak warto pochwalić ekipę z Czerwonego Byka za pomysł i przeniesienie go w rzeczywistość. Trzy żywioły, klimatyczne miasto, pora roku (wakacje utożsamiane z urlopem) oraz sami bohaterowie - pilot oraz kierowcy. Choć szczerze powiedziawszy zwykłemu Kowalskiemu czy Malinowskiej nazwisko Hannes'a Arch'a czy Sebastian'a Vettla zapewne wiele nic nie mówi. A zakładam, że legendarne nazwisko "Marszałek" kojarzą Polacy; jedni mniej a drudzy bardziej. Wiele osób zapewne w tym miejscu powie, że Red Bullowi się udało, bo stoi za nim duży budżet, który mógł udźwignąć zorganizowanie takiego trójwymiarowego, wodno-asfaltowo-powietrznego eventu. Zawsze jednak liczy się dobry pomysł, bo bez niego nawet przy dużych możliwościach finansowych wydarzenie nie będzie efektowne, a same pieniądze pójdą w błoto. Akurat w tym konkretnym wypadku organizatorzy mogą być zadowoleni zarówno z publicity, jak i z kilkudziesięcznej publiczności przybyłej tego dnia oglądać te zawody. Sam widzialem skróty z tego wydarzenia w TVN i TVN 24 oraz informacje na łamach wp.pl oraz wiadomości24.pl. Warto dodać do tego jeszcze patronów medialnych tego wydarzenia (Polsat, RMF Fm, Interia.pl, Dzienik Polski, Automoto i Motor) i wychodzi z tego niezła informacyjna paczka. Jedyną grupą, która w tym wypadku mogła narzekać i wściekać się, to mieszkańcy Krakowa, który załatwiając wiele spraw, musieli być zdani na uliczne korki. Ale nigdy nie zadowoli się naraz wszystkich.

Źródło: redbull.pl

11:13, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 sierpnia 2007
Polski PR i kultura - razem i osobno

Może jest to mało związane z kulturą, choć bardzo ważne z punktu komunikacji społecznej, przedwczoraj podał vortal InternetPR.pl informację, iż cztery polskie firmy z branży Public Relations, zrzeszone w Związku Firm Public Relations, znalazły się na liście 251 największych agencji PR na Ziemi. Są nimi: Sigma International, Partner Of Promotion, On Board PR i Profile. Wyniki te ukazały się w "The Holmes Report" - nowojorskiej publikacji, która jest w całości poświęcona branży PR głównie w Europie i Stanach Zjednoczonych. W tym roku grupa Paula Holmesa po raz pierwszy w historii przeanalizowała globalną branżę PR. W ubiegłym roku wyżej wspomniane agencje zarobiły odpowiednio: 4,5 miliona dolarów, 2,2 miliona dolarów, 1,9 miliona dolarów oraz 1,05 miliona dolarów. Natomiast ta przedostatnia (znana z chociażby obsługi Grupy Żywiec czy marki Unilever) uzyskała dodatkowo czwarty wynik wśród firm o największym wzroście, szacowanym za rok 2006 na poziomie 73% (w porównaniu do 2005 roku). Można się jedynie cieszyć i gratulować agencjom. Widać, że polski pijar jest doceniany za granicą. Zresztą to już nie pierwszy raz.


logo internetowego serwisu o kulturze
Na początku sierpnia kulturalny serwis internetowy oparty o technologię web. 2.0 Kulturaonline.pl poinformował, iż został nominowany do "World Summit Award". Muszę przyznać, że temu projektowi wiele wróżę. Przejrzysty i minimalistyczy design z jasnymi oraz łatwo zauważalnymi działami. Eventy i wszelkie informacje mogą dodać zarówno użytkownicy (po wcześniejszym zarejestrowaniu się), jak i poszczególne podmioty - instytucje (teatry, galerie, kluby, organizatorzy koncertów i wszelkie wydawnictwa). Niestety brakuje mi w nim żywiołowości i polotu. Żywiołowości poprzez wywiady oraz braku swoich materiałów - telewizji internetowej, bo trudno uznać za oryginalne umieszczanie klipów z logiem YouTube. Nie ma w nim polotu przez brak modułu z plotkami czy donosami ze styku społeczeństwa, technologii i showbiznesu. Oczywiście to drugie wchodzi w grę, jeżeli misją tego serwisu na być cała kultura (ta niska i ta wysoka) czy tylko jej część. I czy ma on dotyczyć tylko w zawężonej formie (kalendarium koncertów i występów teatralnych), czy też całość wliczając w to literaturę, kino - filmy oraz muzykę. To ostatnie powinno być mocno rozbudowane przez wprowadzenie profili dla zespołów i artystów z możliwością umieszczania swoich nagrań oraz klipów. Warto również powiedzieć o samej nagrodzie. "World Summit Award" to projekt austriackiej Fundacji Mobile Open Society Through Wireless Technology, którą wspierają dwie międzynarodowe organizacje polityczne działające przy ONZ (UNESCO i UNIDO) oraz Hewlett-Packard. Te nagrody są nazywane "multimedialnymi Oscarami". Mimo że to tylko (lub aż) nominacja, to mam nadzieje, że Kulturaonline.pl będzie pogłębiała wdrażanie technologi web 2.0 i swoim profilem nie obejmie jedynie kultury niszowej, bo może znaleźć się na mieliźnie audytorium, jak to jest w przypadku chociażby Independent.pl.

22:19, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Przekrój & Niedźwiecki

Logo tygodnika

Ostatnio na portalu Press.pl trafiłem na wywiad z nowym redaktorem naczelnym "Przekroju" - Jackiem Kowalczykiem. Formuła raczej ala pytanie - odpowiedź na poczekanie aniżeli coś bardziej głębszego. Nie będę jednak ukrywał, że zaciekawiło to mnie z tego powodu, że "Przekrój" traktuje jako najbardziej awangardowy tygodnik wydawany w Polsce, szczególnie za dział kulturalny z Bartkiem Chacińskim oraz Pawłem Skolimowskim na czele. Znajdzie się tam miejsce zarówno dla młodej generacji jazzmenów jak i dla przedstawicieli rodzimego niezależnego rocka, których szerokiem łukiem omijają wszelkie wielkie wytwórnie fonograficzne oraz mass media. Nie powinna poczuć się pokrzywdzona również elektronika oraz muzyka karaibska (reggae, dub). Niestety od dłuższego czasu ten magazyn jakby stał w miejscu. Wystarczy podać dwa fakty - ilość stron i cena. 74 strony za 4,5 złotego to raczej drogo i jest mało do poczytania. Natomiast samego wywiadu również za wiele nie wynika. Kowalczyk mówi o jakiś zmianach. Konkretów nie podaje oprócz takich, że wrócą najsztubowe wywiady przedstawiające sylwetki ludzi.

Ze swojej strony poleciłbym, by "Przekrój" stał się tygodnikiem bardziej społecznym aniżeli politycznym. To by go odróżniało od innych. Kolejną sprawą jest wyjście z sieciowej podstawy, czyli strony www na ludzi. Może jakiś zbiorowy-redakcyjny blog? Może przekształcenie strony "Przekroju" w serwis, który żyłby własnym życiem? Stworzenie formuły web 2.0 otwartej na młodych i niezależnych muzyków, producentów, artystów czy wszelkiej maści twórców, którzy zakładali by tam swoje profile i publikowali swoje mniej czy bardziej udane wypociny? Moim zdaniem fatalnym błędem jest brak możliwości zapisania się do newslettera, który winień pełnić nie tylko funkcję komunikacyjną (informować o najnowszym wydaniu wraz z jego fragmentami), ale również utrzymywać oraz pozyskiwać nowych czytelników. "Newsweek" zainwestował w blogi i newsletter. "Polityka" w internetowe dzienniczki swoich dziennikarzy oraz materiały telewizyjne, które można zobaczyć chociażby na YouTube. "Wprost" posiada redakcyjne blogi oraz możliwość zapisania się do newslettera. Stąd też oprócz stworzenia jasnego, klarownego i jednoznacznego wizerunku, "Przekrój" musi zainwestować w Internet. Bo niestety lub dla niektórych stety, z roku na rok dochodzi do coraz większej konwergencji mediów, zacierania się granic między tradycyjnymi mediami. Jest to oczywiście podyktowane przez rozwój technologii. Eter przekształca się używając telewizyjnych technologii (przykład Tok FM). Telewizja stapia się z portalami internetowymi (TVN 24 i tvn24.pl, "Gazeta Wyborcza" i gazeta.pl czy "Dziennik" i dziennik.pl) lub szuka swoich sił w globalnej sieci (TVP i ITV) lub odwrótnie (Onet.pl i Onet.tv oraz Interia.pl i Interia.tv). Bywa również, że media internetowe próbują swoich sił w eterze (Interia.pl i Interia.fm). Wzajemne dopełnianie i przenikanie się mediów do przyszłość tej branży. Stąd też moim zdaniem, jak najszybsze szersze wejście "Przekroju" do sieci (nie tylko odcinając kupony od wirtualnej redakcji w "Second Life") w postaci formuły web 2.0 jest moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem.

Niedźwiecki oczami Polskiego Radia

Również na łamach serwisu Press.pl ukazała się rozmowa z Marcinem Bisiorkiem z Radia Eska. Ci co go nie kojarzą, to niech włączą pierwszą lepszą edycję wakacyjnej serii eventów "Hity Na Czasie" w TVP 2 i zobaczą, z kim zawsze Marcin Prokop występuje. Wywiad ten dotyczył przejścia pierwszoplanowej twarzy radiowej "Trójki" - Marka Niedźwieckiego do radiostacji "Złote Przeboje". Niestety to pokazuje, że radia publiczne coraz bardziej dogorywają, nie mają spójnej strategii, a co za tym idzie nie umieją zatrzymać najlepszych ludzi. Najpierw była sprawa Radia Bis, której oglądalność spadło do niemalże błędu statystycznego. Nie słucha jego nawet mój znajomy - stary fan awangardowych, niemainstreamowych brzmień, który był zawsze wierny tej stacji. A teraz widać, że podobny los może czekać następną - publicystyczną "Trójkę".

Przyznam się szczerze, że jakoś nie posmutniałem po tej decyzji. Szczerze powiedziawszy, to Pan Niedźwiecki nie jest dla mnie żadnym autorytetem dziennikarstwa muzycznego. Nie jestem więc jednym z reprezentantów tego pokolenia, które on wychował przez eter brzmieniami z lat 60., 70. oraz 80. Wyznacznikiem dziennikarstwa muzycznego jest dla mnie świętej pamięci John Peel. Ten guru brytyjskiego eteru - BBC Radio One nie tylko prezentował nowe prądy muzyczne, ale również lansował w Wielkiej Brytanii wielu znakomitych producentów i bandów, jak chociażby: New Order, The Smiths, David Bowie, The Pixies, The White Stripes. Ale to nie wszystko. Na równi traktował on mainstream i scenę niezależną, o czym świadczy promocja nietuzinkowej elektroniki (Autechre, Boards Of Canada, Mira Calix, Black Dog), noise-rocka (Shellac, Uzeda), niekomercyjnego hip hopu (Boom Bip, Public Enemy, Clouddead), czy też eksperymentalnego rocka (God Is My Co-Pilot). Mimo, że Pan Niedźwiecki nie może się poszczycić takimi osiągnięciami, to bardzo szanuje go za to, co do tej pory on zrobił i należy oddać mu hołd za serię składanek "Smooh Jazz Cafe".

Wracając jednak do głównego wątku, Marcin Bisiorek ma rację, iż wizerunkowo "Złote Przeboje" jedynie zyskają. Pominął on fakt, że według danych z marca tego roku Radio Track, SMG/KRC Media Poland, udział "Trójki" w grupie docelowej wzrósł z 6.6 do 8.5%. Nie jest więc prawdą, że:

(...) "Trójka" nie ma zbyt wielu słuchaczy, (...)

Warto dodać, że jest to najwyższy zasięg tej stacji od 1997 roku. Trudno również mówić o tym, że to słaby wynik, gdyż takie np. Radio Eska może się pochwalić wynikiem 8,3% (wyniki z pierwszego półrocza 2007 roku - dane Radio Track SMG/KRC A Millward Brown Company przygotowanych dla portalu Wirtualnemedia.pl). Zapewne jakąś część Niedźwiecki zabierze ze sobą do "Złotych Przebojów". Nie będzie to jednak nawet połowa czy 1/4. Trzeba wziąć pod uwagę, że "Trójka" ma inne równie wyraziste twarze, jak: Marcina Kydryńskiego, Agnieszkę Szydłowską, Piotra Stelmacha czy Sebastiana Korsaka. A narazie nic nie wskazuje na to, by ta stacja Agory chciała ich przejąć. Mam wielką nadzieję, że Panu Niedźwieckiemu dadzą jeszcze szerzej rozwiniąć swoje żurnalistyczne skrzydła w "Złotych Przebojach".

22:22, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2007
Książkowe gnioty

Przypomniała mi się wypowiedź jednej z osób z branży, na jednym z for internetowych, na temat tego, że na polskim rynku pojawia się coraz więcej pozycji o Public Relations, ale tak naprawdę profesjonalnych pozycji jest, jak na lekarstwo. W tym niestety zdaniem się zgadzam, bo za tą dziedzinę często biorą się ludzie lub piszą o niej osobniki, które nie rozumieją, co jest pięć. Często jest to podyktowane modą lub pójściem za falą trendu. Choć w tym wypadku sprawdza się stare porzekało, że oliwa zawsze sprawiedliwa.

Przyznam się bez bicia, że jestem molem książkowym i wszelkie nowe pozycje z zakresu Public Relations na polskim rynku połykam niczym pelikan. Niestety często nie smakuje to zbyt dobrze, o czym przekonałem się ostatnio w przypadku dwóch publikacji. Pierwszą z nich to dwustrustronnicowa książka Kreowanie informacji. Media relations Wojciecha Jabłońskiego.

Nic poza przeciętność

Autor to doktor - politolog i znawca dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Recenzentem tej pozycji był profesor Jerzy Olędzki - postać poważana w środowisku PRowców. Stąd można dojść do wniosku, że książka powinna być ciekawa. No właśnie ... powinna. Jest ona w gruncie rzeczy napisana językiem politologicznym, w którym dochodzi do częstego powstarzania tych samych informacji. Stąd też momentami chciało by się odłożyć tą książkę na półkę lub zlecić przeczytanie tej książki komuś od czarnej roboty, który z kolei zreferowałby, o co w tej książce chodzi. Język Jabłońskiego niestety nie przyciąga, a nic tak destrukcyjnie nie działa na odbiorcę, jak zbytnio wykładowo-suchy charakter komunikatów. A przecież jedną z najważniejszych zalet profesjonalisty od komunikacji społecznej jest utrzymywanie klarownej i jasnej komunikacji. Mimo, że Kreowanie informacji... posiada kilka ciekawych elementów (słowniczek z dobrze wyjaśnionymi stwierdzeniami, kejsy polityki informacyjnej w przypadku obu wojen w Zatoce Perskiej), to jednak całościowe wrażenie nie jest zbyt dobre. Pozycja stwarza wrażenie, jakoby książka ta została wydana na siłę, zgodnie z formułą: z braku laku lepsze to niż nic. Tym bardziej nie jest dla mnie zrozumiałe, czemu dzieło Jabłońskiego wydała oficyna PWN? Chciałbym być przekonany, że był to jedynie lapsus ze strony tej instytucji, której marka ma symbolizować wysoki poziom jej pozycji. I przyznam się, że jestem w stanie to uwierzyć, bo ich kolejna książka z zakresu zarządzania komunikacją Public relations. Znaczenie społeczne i kierunki rozwoju, która pojawiła się na początku tego roku, to klasa sama w sobie.

Druga z pozycji, która nie do końca profesjonalnie obeszła się z branżą Public Relations jest książka autorstwa dwóch warszawskich medioznawców - profesorów: Tadeusza Kowalskiego (UW) oraz Bohdana Junga (SGH). Media na rynku to trzecia część serii Edukacja medialna. Podręcznik akademicki skierowany do studentów dziennikarstwa i komunikacji społecznej.

Edukacja nie do końca profesjonalnie medialna

Jak na podręcznik napisany dla humanistów, uczniów szkół wyższych jest on momentami dosyć ścisły. Ale nie w tym najważniejsza trudność czy bolączka tej pozycji. Niestety obaj profesorowie popełniają chwilami poważne błędy mówiąc o Public Relations. Na stronie 143 profesor Kowalski pisze o "Magazynach public relations" jako:

(...) publikowane na zasadzie sponsorowania przez zainteresowane firmy i przeznaczone do rozpowszechniania wśród pracowników, pośredników handlowych oraz klientów, ale także akcjonariuszy. Publikacje te, dostępne nieodpłatnie, mają na celu przede wszystkim promowanie instytucji sprawczej, zawierają niewiele materiałów reklamowych, a jeżeli są one obecne, to dotyczą sponsora.

Z tego co mi wiadomo, to po pierwsze magazynów o PR w Polsce jest, jak na lekarstwo. Do tej grupy można zaliczyć: Piar.pl, Press czy Brief oraz (od bólu) Modern Marketing. Po drugie łączy się tutaj niesprawiedliwie wyłącznie komunikację społeczną z marketingiem bezpośrednim. Po trzecie utożsamia się skrót PR z PRomocją. Trudno również nazwać biuletyny danych firm jako magazyny, które są sponsorowane. Takie bezpłatne publikacje są częścią PRu wewnętrznego polegającego na utrzymywaniu rzetelnej i sprawnie działającej polityki komunikacyjnej wewnątrz przedsiębiorstwa. Niestety nie jest to incydentalny przypadek, kiedy wiele pojęć wrzuca się do jednego worka łącząc foldery reklamowe, broszurki lub ulotki z działaniami na płaszczyźnie komunikacji społecznej. Powtarzam - mogą być one częścią strategii PRowskiej tylko że trzeba by było o tym wspomnieć. Przecież obok takich wewnętrznych magazynów - biuletynów są również pisma branżowe, które w tej grupie powinny być chociażby zaakcentowane. Niestety podobny błąd wyżej wspomniany autor powtarza na stronie 153, gdzie pisze o czasopismach z branży public relations:

(...) skupiają się na rozpowszechnianiu kontrolowanym, czyli nieodpłatnym (...) Do tej grupy należą czasopisma rozprowadzane w hotelach, na lotniskach oraz w innych miejscach właściwych dla tytułu.

Jest to błąd podobnego kalibru, jaki profesor popełnił dziesięć stron wcześniej. Myli foldery reklamowe z instrumentami zarządzania komunikacją. Trzecim i ostatnim wyłapanym przeze mnie błędzie profesora Kowalskiego jest fakt, iż w szóstym rozdziale Radio czy podcasting? pisze on o tej internetowej publikacji audycji radiowych wyłącznie w kilku zdaniach. Jak na szesnaście stron całego działu jest to tragicznie mało.

Obie pozycje zarówno Kreowanie informacji. Media relations jak i Media na rynku nie zadowolą całością, a jedynie momentami. A przecież kupuje się książki dla całości a nie jedynie dla fragmentów.

13:37, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 sierpnia 2007
Powietrzne aukcje

Przechadzając się dzisiaj po jednym ze średniej wielkości polskim mieście, przykuło moją uwagę logo pomarańczowego sterowca na plakatach b1 umieszczone na słupach reklamowych. Okazało się, iż jest to nowa kampania eventowa bodajże największego w Polsce serwisu aukcyjnego Allegro.pl. Niestety mimo dobrych chęci (również do szperania w mojej pamięci długotrwałej) nie słyszałem nigdy wcześniej o tym projekcie, który ruszył w połowie czerwca. Aby być pewnym, że nie popełniło się większego błędu (czytaj lekceważąco podeszło sie do spraw komunikacyjnych na ten temat), postanowiłem wpisac frazę "Pod Skrzydłami Allegro" do Google i sprawdzić, co pojawi się na pierwszej stronie. I co się okazało? Oprócz kilku lokalnych for internetowych, pojawił się link do news'a w tej sprawie na łamach agencji informacyjnej Eastnews i nic więcej.

Zostawiając narazie media relations tego projektu Allegro, warto spojrzeć na całą kampanię. Rozpoczęła się w sercu Polski, czyli w Warszawie. Na tamtejszym lotnisku w Babicach odbył się dziewiczy lot zeppelina pod flagami Allegro. Aby mocno uwypuklić jego znaczenie, organizatorzy zaprosili na jego pokład polskie celebrities w postaci: Marka Włodarczyka (popularnego policjanta - komisarza Zawady z "Kryminalnych") z synem, Marcina Prokopa i Dorotę Welman (twarzy TVP II oraz projektu Radia Eska "Hity na czasie") oraz Mandarynę, Marysię Sadowską oraz Ewelinę Flintę - znane piosenkarki. Skład polskich gwiazd dosyć dobrze dobrany: popularny aktor, prezenterzy oraz wokalistki. Zresztą akurat siediem osób może sterowieć wziąć na pokład, więc nie można sie przyczepić, by jakieś siedzisko zostało "zmarnowane". Zresztą pomysł ze sterowcem, to strzał w dziesiątkę, gdyż widać go wyraźnie nawet z odległości kilkunastu kilometrów. Zresztą zeppelin to nie jedyna atrakcja tego projektu. Można powiedzieć, iż pełni on rolę wabika na ludzi. W każdym mieście lokalna edycja "Pod Skrzydłami Allegro" trwa po 4-6 dni, podczas których powstają w danych miastach Naziemne Centrum Lotów, czyli dodatkowe atrakcje: bungee, zorbing, symulator lotu oraz pokazy parkour i skoczków spadochronowych.

Głównymi narzędziami komunikacji organizatorów z publiką to oprócz plakatów pełni platforma sieciowa - strona www. I było by całkiem miło, gdyby nie było kika pewnych zgrzytów. Po pierwsze centrum prasowe na stronie internetowej tej kampanii zawiera jedynie dane telefoniczne. Żadnego emaila, żadnego numeru do popularnego komunikatora (Gadu Gadu, Tlen, Skype) czy kanału RSS, czy możliwości zapisania się do newslettera. A to dość poważna sprawa. Organizatorzy nie popisują się również w kwestii galerii z poszczególnych części tej kampanii. Ostatnia seria zdjęć pochodzi z gdańskiej edycji, która miała miejsce w dniach 16-22 lipca. Biorąc pod uwagę, że dzisiaj jest już 10 sierpnia, to jest to również dosyć niedobre posunięcie i świadczy jedynie o lenistwie organizatorów. Zresztą w tej sprawie żalili się również internauci, którzy korzystając z mocy forum (dzięku Bogu, że ono jest) narzekali na ten stan aktualizacji. Narzekali również na to, że nie mogli wygrać lotu sterowcem, ale tutaj trudno przyznać im rację. Warto organizatorów pochwalić za historię sterowców, forum w layout'cie Allegro oraz umieszczanie komunikatów w sprawie zmiany miejsca. Szkoda tylko, że w dziale Download  można ściągnąc jedynie to:

Tylko tyle z gadżetów?

15:36, relaz.pl
Link Dodaj komentarz »